Długa historia o tym, skąd…

Długa historia o tym, skąd mamy nową przyczepkę.
Jadę rowerem z przyczepą z dziećmi do żłobka i przedszkola, jest piątek, 19 lutego 2021, godzina 8:30 rano. Poruszam się ulicą Bonifacego od strony Powsińskiej, jadąc prawidłowo około metra od prawej krawędzi jezdni wjeżdżam na skrzyżowanie z Konstancińską, kierując się nadal prosto, do Sobieskiego (fig. 1). Widzę, że z naprzeciwka nadjeżdża samochód, który zamierza skręcić w lewo w Konstancińską. Po chwili orientuję się, że nie widzę osoby kierującej zza szronu na przedniej szybie samochodu i że samochód nie zwalnia, czyli prawdopodobnie również kierujący nie widzi mnie, jednak jest już za późno na jakąkolwiek reakcję. Samochód uderza przodem w przyczepę i dopiero po uderzeniu zatrzymuje się (fig. 2).
Przez moment jestem w szoku, nie wiem co robić. Widzę, że przyczepa leży na boku, rzucam rower i ją podnoszę. Po otwarciu klapy okazuje się, że Kamila ma siniak i zadrapanie na lewym policzku – siedziała od strony uderzenia, mówi że ją boli. Kaja, która siedziała z prawej strony mówi, że nic jej nie jest. Biorę młodą na ręce, pojawiają się świadkowie, proszę kogoś o telefon na 112, sam wolę zająć się dziećmi i wydaje mi się, że będzie mi trudno rozmawiać spokojnie i rzeczowo z operatorem. Świadek prosi o przyjazd pogotowia i policji. Kierująca wysiada z samochodu i mówi „ale po co policję wzywać, przecież nic takiego się nie stało” na co ja odpowiadam „spoko, proszę mi wypłacić 20 tysięcy złotych i jedziemy do swoich spraw”. Pani nie reaguje.
Stoimy prawie na samym środku skrzyżowania, samochód ma rozbity grill i zderzak, przyczepa ma wygięty dyszel, połamane przednie kółko do prowadzenia pieszo oraz skrzywione prawe koło. Potem okaże się, że rower też uległ uszkodzeniu – ma skrzywione tylne koło (fig. 3).
Na miejscu cały czas jest z nami trzech świadków, w tym jeden, który jechał bezpośrednio za mną samochodem i widział dokładnie całe zdarzenie.
Pierwszy na miejscu pojawia się radiowóz policji, następnie karetka pogotowia. Po chwili przyjeżdża Krysia i ona jedzie z Kamilą do szpitala w karetce. Państwo policjanci zapraszają mnie i Kaję do radiowozu, żebyśmy nie marzli. Po pewnym czasie podchodzi jakiś pan i mówi, że nasze dzieci razem chodzą do przedszkola, że on mógłby Kaję zaprowadzić, na co ja odpowiadam, że miałbym inną prośbę – chodzi o odprowadzenie roweru Krysi pod przedszkole, bo sam nie poradzę sobie z dzieckiem, dwoma rowerami i popsutą przyczepą. Zabiera rower i faktycznie odprowadza go pieszo pod przedszkole.
Policjant zadaje mi dość zaskakujące pytania: wzrost? 193. Waga? 90. Jakieś choroby? Depresja. Leki? Tak. Po czym te same pytania zadaje kierującej stojąc z nią za radiowozem z otwartym bagażnikiem, dzięki czemu wszystko słyszę: Wzrost? 170. Waga? 60. Choroby? Depresja. Leki? Nie.
Po chwili koło radiowozu przejeżdża jakiś samochód, zatrzymuje się, kiedy policjant sięga po coś do bagażnika. Kierujący otwiera okno i krzyczy do policjanta: o, ktoś tego wariata przejechał?!? Na co ja odkrzykuję, że tak, to ja, a policjant grzecznie i stanowczo nakazuje temu człowiekowi odjechać.
Po jakimś czasie na miejscu pojawia się mąż sprawczyni zdarzenia. Podjeżdża busem, także na niebieskich tablicach, którym zatrzymuje się na środku przejścia dla pieszych dodatkowo bardzo utrudniając ruch pojazdów po jezdni, co spotyka się ponownie z ostrą i zdecydowaną reakcją policjanta (proszę odjechać i stanąć gdzieś dalej). Z samochodu sprawczyni wysiada trójka chłopaków w wieku mniej więcej od 4 do 7 lat. Dopiero wtedy pani się rozkleja i dociera do niej wreszcie, co się stało. Z płaczem prosi mnie o wybaczenie. Doceniam to i wybaczam, Kaja również.
Kolejnym pojazdem na miejscu zdarzenia jest duży radiowóz „od zdarzeń”, którego załoga mierzy, fotografuje, ogląda i notuje wszystkie okoliczności. W pewnym momencie jeden z panów policjantów pyta mnie, czy ja nie mam przypadkiem czegoś wspólnego z pewnym kanałem na YouTube, co potwierdzam, na co pan policjant: to kiedy będzie nowy film, bo coś dawno nie było?
Zanim policjanci zdążyli zakończyć wszystkie swoje czynności ja otrzymuję telefon od Krysi, że z Kamilą wszystko OK oprócz powierzchownych obrażeń, policjant jest bardzo zaskoczony, że tak szybko poszło. Pani kierująca ma dyplomatyczne tablice, ale nie chroni jej żaden immunitet, jest „tylko” żoną dyplomaty, więc otrzymuje normalny mandat, a szkody ma pokryć jej ubezpieczyciel.
Po wszystkim Kaja decyduje się pójść do przedszkola, więc ładuję ją na przedni bagażnik roweru i idziemy pieszo chodnikiem. Po jakichś 100 metrach zagaduje nas starsza pani: a co pan ma taką zniszczoną tą przyczepę (folia ochronna pokruszyła się na mrozie i wygląda to fatalnie), ja panu dam nową. Słucham? No dam panu nową przyczepę, bo ta pana taka brzydka, mam w garażu, córka kupiła, użyła jej kilka razy i wyjechała do Stanów, prawie nowa, porządna. Yyy, chce mi pani dać przyczepę…? Przed chwilą miałem właśnie wypadek, te poprucia folii to drobiazg, ona jest cała pogięta, bo wjechał w nią samochód. No, to świetnie się składa, pan mi da swój numer telefonu, to się umówimy.
Na zdjęciu widzicie właśnie tę nową przyczepę (fig. 3). Słusznie piszą moi hejterzy na Samochodozie: karma wraca.
Pozdro!
P.S. I: na szczęście dzieci nie widziały uderzającego w nie samochodu, więc na pytanie, czy boją się jeździć przyczepą, obie zgodnie odpowiadają, że nie, boją się tylko samochodów. I słusznie.
P.S. II: Uważajcie na siebie, a najlepiej nie jeździjcie z dziećmi rowerami, najlepiej nie jeździjcie w ogóle rowerami po drogach publicznych. Na kursie prawa jazdy na kategorię D dowiedziałem się, że w im większym (cięższym) pojeździe się znajdujesz w trakcie wypadku, tym mniej odczujesz jego skutki.

ŹRÓDŁO

#rower #samochody #kierowcy #polskiedrogi #rowerzysci #warszawa